Wojna hi-tech ze złodziejami autAgata Kuźnicka
Nowe metody zabezpieczania samochodów to coraz większe szanse na obronę przed kradzieżą
Wsiadam do „kradzionego”złotego hyundaia tucsona.
Od razu widzę, że z uruchomieniem go może być kłopot - przy kierownicy
zainstalowano klawiaturę wymagającą podania kodu dostępu. Bez tego
silnik nie reaguje na przekręcenie kluczyka w stacyjce. Mój towarzysz
podejmuje ryzyko, wbija kod i udaje się nam ruszyć. A więc samochód
jest już nasz! Po kilku minutach w aucie rozlega się wibrujący
i piskliwy dźwięk. Co się dzieje? Zaczyna mrugać czujka umieszczona
nad deską rozdzielczą. Dźwięk jest coraz bardziej przenikliwy
i drażniący. Po chwili włącza się klakson. Przechodnie zaczynają
się na nas gapić, kierowcy innych aut zaglądają nam w okna. Ale
zamieszanie!
Nie ma wyjścia - trzeba zjechać na bok i wyłączyć silnik. Klakson
milknie, ale auto staje na dobre. Na nic przekręcanie kluczyka
i rozpaczliwe próby pompowania pedałem gazu.
- Dzień dobry, tu Stacja Monitorowania Alarmu (SMA), czy coś
się dzieje z pana wozem? - taki telefon odbiera w tej chwili
właściciel auta. - Samochód znajduje się w Warszawie, przy skrzyżowaniu
ulic Bitwy Warszawskiej i Białobrzeskiej. Został uruchomiony
alarm kodu napadowego. Co mam robić?
- Wszystko w porządku - odpowiada Mirosław Kleniewski, właściciel
hyundaia tucsona, który mi towarzyszy w tej pokazowej „kradzieży”.
- Proszę odwołać alarm i odblokować samochód.
Mija może minuta i alarm przestaje działać, a auto znów jest
sprawne.
Mirosław Kleniewski, prezes zarządu firmy ProSafe od 10 lat zajmujący
się rozpracowywaniem i wdrażaniem systemów alarmowych i monitorujących
pojazdy, tłumaczy mi, co dokładnie przed chwilą działo się w
samochodzie.
- W tym przypadku zadziałał System Personalizacji i Identyfikacji
Dostępu (SPiID), którego głównym urządzeniem jest skomplikowana
forma immobilisera. Identyfikuje on właściciela pojazdu po karcie
dostępu lub klawiaturze, za pomocą której należy wpisać odpowiedni
kod.
Mirosław Kleniewski od razu rozwiewa nasze wątpliwości:
- Złodzieje zdają sobie sprawę z czyhających na nich pułapek.
Widząc klawiaturę przy tablicy rozdzielczej wiedzą, że aby uruchomić
ten wóz, będą potrzebowali kodu. Zazwyczaj więc starają się go
wyłudzić od właścicieli. Jednak z tym systemem wiążą się też
inne skomplikowane utrudnienia i w przypadku minimalnego błędu
złodzieja włącza się alarm, a operator zawiadamia policję.
Jedna z takich sztuczek zadziałała, uniemożliwiając nam „porwanie”auta.
Obowiązujące w Polsce prawo unijne zabrania zdalnego zatrzymywania
pojazdu będącego w ruchu, co robi się na przykład w Kanadzie
i co przyniosło efekty, bo liczba kradzieży spada. Natomiast
opisywany system ProSafe posiada możliwość zdalnego zablokowania
rozruchu pojazdu podczas jego postoju.
Jednak i u nas złodzieje nie mają lekko, bo operator może zdalnie
włączyć światła, klakson czy kierunkowskazy. Jeśli złodziej nie
zatrzyma auta, szybko dopadnie go najbliższy patrol policji,
która już będzie go szukała.
W Polsce w ubiegłym roku skradziono ponad 35 tysięcy samochodów,
w tym przeszło 27 tysięcy osobowych. Natomiast w 2005 roku
skradziono ponad 40 tysięcy aut osobowych, a w 2004
ponad 45 tysięcy. Czyli i u nas obserwuje się tendencję spadkową.
- Trudno oszacować, co decyduje o spadku kradzieży samochodów
- tłumaczy komisarz Marcin Szyndler z biura prasowego Komendy
Głównej Policji. - Na pewno dodatni wpływ ma coraz lepiej wyszkolona
policja stosująca uznane na świecie techniki wyłapywania złodziei,
na przykład samochody-pułapki.